Jestesmy teraz w Jaisalmerze, miescie jak z basni tysiaca i jednej nocy. Spimy w forcie, a jutro jedziemy na dwudniowe safari na wielbladach. Bedziemy spac na pustyni pod golym niebem, razem ze skorpionami. Ha!
O 5:30 budzi nas pukanie do drzwi. Za jakie grzechy?! Z podpuchniętymi oczami, żółwim tempem, próbujemy się doprowadzić do względnie ludzkiego wyglądu. I samopoczucia. Schodzimy z Waldkiem na dół i czekamy na resztę. Przychodzą Dziewczyny, Spider i last but not least - Matys i Justa. Jest stosunkowo chłodno, więc opatulam się prześcieradłem do spania. Po kilkunastu minutach niespiesznego marszu, docieramy nad Ganges. Nasz przewodnik pomaga nam znaleźć naszą łódkę i nas zostawia. Łódka wygląda bardzo niepewnie, myślę co by było gdyby się wywróciła. Pływać potrafię, ale kto wie jakie może mieć skutki zachłyśnięcie się wodą z Gangesu. No i pan od łódki taki chudziutki, ciekawa jestem jak on sobie da radę wiosłując przez dwie godziny. Powyżej: Ganges z rana. I ekipa. Płyniemy powoli i przyglądamy się tym wszystkim niesamowitym rzeczom dziejącym się przy brzegu. Ci wszyscy ludzie przybywający do swojej Matki Gangi by umrzeć, czy choćby po to by się w niej oczyścić, napić, czy zrobić...
Siedzimy w Palolem, jest bosko, bosko, bosko! Istny raj. Cieplusienka woda, zarelko i drinki tanie. Po tych 3 tygodniach biegania totalny chill out. Zyc nie umierac :)
Komentarze